W dzisiejszym wpisie chciałbym wam przedstawić kolejna książkę Paula Wade’a, autora bestselleru „Skazany na Trening”, którą wielu ćwiczących kalistenikę, czyli trening z wykorzystaniem masy własnego ciała traktuje jako swoistą Biblię. Moim skromnym zdaniem ktoś taki jak autor Paul Wade w ogóle nie istnieje, a zarówno on jak i jego książki są jedynie tworem czysto marketingowym pisanym przez cały zespół ludzi. O  tym dlaczego tak myślę wyjaśnię na końcu wpisu. Nie miałem okazji przeczytać Skazanego, natomiast książkę, która dla was dziś zrecenzuję przeczytałem w jeden wieczór. Czy warto zatem wydać trochę ponad 20 zł? Zapraszam do lektury.

Książka cieszy się ogromnym powodzeniem. Z trzech powodów. Po pierwsze, autorem jest Paul Wade twórca wspomnianego Skazanego. Po drugie kalistenika jako alternatywa dla siłowni i wszelkiego czasem dziwnego sprzętu robi coraz większą karierę, co oczywiście mnie cieszy. A po trzecie tytuł książki zachęca do kupna. Z tego właśnie czysto marketingowego  powodu sam ja przeczytałem w jeden wieczór. Nie oszukujmy się, w większości przypadków ćwiczymy by nabrać pełnowartościowej masy mięśniowej. Coś co tygryski lubią najbardziej J W dalszej kolejności są dopiero: siła, umiejętności (planche, front lever’y itp.) a skoro pojawia się na rynku taka literatura, chętnie czytamy. Czy warto zatem wydać trochę ponad 20 zł na tą liczącą 170 stron pozycję? Moim zdaniem nie.

Paul Wade „C-Mass. Trening kalisteniczny na masę” Dlaczego nie warto kupować tej książki.

Poza kilkoma kwestiami, o których wspomnę w dalszej części wpisu, w najważniejszej kwestii, czyli treningu książka zawodzi na całej linii. Poza ogólnikami nie ma absolutnie nic. Jeśli liczycie, na kilka gotowych planów treningowych to się mocno zdziwicie, nie ma żadnego. Autor zresztą sam pisze na ten temat, że nie ma zamiaru dawać rybki (plan treningowy) tylko wędkę (wiedza, na podstawie której sami ułożymy sobie plan) Tylko że na podstawie tej wiedzy ciężko jest ułożyć cokolwiek. Przykład? Liczba powtórzeń w serii. Paul Wade zaleca by nasz trening był ostry a liczba powtórzeń duża. W treningu na masę zaleca wykonywać miedzy 6 a 20 powtórzeń. Sorry, ale po pierwsze z 6 powtórzeniami to nasz trening nie będzie „ostry” , a sama rozpiętość pomiędzy 6 a 20 jest zbyt duża. Cytując autora:. „dobrze jest robić od 6 do 8, ale liczby dwucyfrowe są jeszcze lepsze” nie prościej po prostu napisać, „wykonuj pomiędzy 10 a 20, a da ci to najlepszy efekt”.

Kolejna sprawa to liczba serii. Paul Wade zaleca: ogranicz liczbę serii! Tylko nie pisze do ilu… No i najgorsze co w tej książce jest, czyli pożal się Boże: plany treningowe. Przykładowy schemat poniżej:

1 dzień

-progresje przysiadów

-progresje podciągnięć

-progresje pompek

2 dzień wolne

Powtarzaj.

O tym ile ćwiczeń wybrać, liczby serii, odpoczynku pomiędzy seriami/ćwiczeniami, ani słowa. Generalnie plan kalisteniczny na masę wg autora ma wyglądać tak jak w kulturystyce. Czyli Kuźwa jak? Bo nie jestem kulturystą i nie wiem. Różnica jest taka tylko, że zamiast ciężarów i sprzętu, wykorzystujemy jedynie masę naszego ciała.

Kilka rzeczy godnych uwagi.

No, ale dość już tego hejtu, tak jak wspomniałem wcześniej; jest w tej książce wiele wartościowych informacji, które dały do myślenia, oraz cennych wskazówek,  z których warto skorzystać. Generalnie światopogląd autora (kimkolwiek on jest) jest mi bliski. Nawiązuje on do czasów z połowy zeszłego stulecia, kiedy trening siłowy wolny był od sterydów, a także suplementów, które w większości niestety nie działają, ale mają dobry marketing, a zyski z nich idą w miliardy. W czasach tych do formy dochodziło się prostymi ćwiczeniami, bez wymyślnego sprzętu.

Dieta. Co mnie cieszy, także w tej kwestii autor odrzuca modę na durne diety, które atakują nas z okładek magazynów i stron internetowych, oparte głównie na kurczaku z ryżem i brokułami. Dietę w której trzeba żreć minimum 2 gr białka na kg ciał  bo inaczej nie urośniesz (ale żrąc tyle białka na pewno zakwasisz organizm), oraz broń Boże nie dotykać słodyczy. Natomiast w nafaszerowanych rakotwórczymi słodzikami, dodatkami smakowymi i wszelakiej maści chemią odżywkach nie widza nić złego. Zachęcają nas do suplementacji jako czymś absolutnie niezbędnym w treningu. Nie namawiam cię do jedzenia śmieciowego żarcia, ale jeśli na obiad cała Twoja rodzina je bigos, to nie ma sensu żebyś siedział w garach pichcąc kurczaka w pięciu smakach, bo bigos nie jest fit.

Ćwiczenia. I tu kilka godnych uwagi. Bardzo dobrze zrobiona jest kwestia ćwiczeń na nogi. Polecam zwłaszcza „przysiady krewetki „ i „oseski”. Z ćwiczeń na biceps oprócz podciągnięć podchwytem, autor poleca wspinanie się po linie. I tu faktycznie ma rację, jest to doskonałe ćwiczenie, jednak trudne do zrobienia w warunkach domowo-miejskich. Mam jednak zamiar je zmodyfikować i na drążku zawiesić kawałek liny i na niej się podciągać.

Regeneracja. Autor słusznie podkreśla, że mięśnie rosną podczas odpoczynku, a nie na treningu. Wielu z nas (łącznie ze mną) marginalizuje kwestię regeneracji; odpowiednio długiego snu, odpoczynku. Chcąc nabrać masy mięśniowej należy ćwiczyć 3-4 razy w tygodniu. Nie więcej. Chyba że jesteśmy na początku naszej drogi, i dopiero zaczynamy naszą przygodę z treningiem,  wtedy organizm dobrze reaguje na częste treningi. Jedną partie mięśniową ćwiczymy maksymalnie 2 razy w tygodniu.

Na koniec kilka słów o autorze. Może się mylę, ale tak jak wspomniałem na początku tego wpisu, moim zdaniem ktoś taki jak Paul Wade… w ogóle nie istnieje, a sama książka podobnie jak poprzednie, to twór czysto marketingowy pisany przez sztab ludzi. Spróbujcie sobie wygooglować tego Pana. Nie ma kogoś takiego. W książce ani jednego zdjęcia Paula Wade. Na ilustracjach w  książce widzimy  przeważnie braci Kavadlo, jako głównych przedstawicieli idei głoszonych przez Wade’a. Byłem na ich stronach WWW i kanałach na Youtube, ani jednego zdjęcia z Paulem Wadem. Trochę dziwne prawda? Panowie zresztą też masa nie grzeszą, a zdjęcie na okładce zauważcie zostało zrobione  od dołu, przez co wydają się dużo „więksi” niż w rzeczywistości. Taka jest moja teoria spiskowa, jeśli się mylę, niech ktoś mnie wyprowadzi z błędu. Tyle na temat autora Paula Wade’a i książki „C-Mass. Trening kalisteniczny na masę”, decyzję czy warto ją kupić zostawiam Tobie. Masz pytania, wątpliwości? Zostaw komentarz.